Maria Dąbrowska. Marcin Kozera

NIEZNAJOMY CHŁOPIEC

Działo się to przed pierwszą wojną światową. Nikt z was nie pamięta tych czasów, lecz ja pamiętam dobrze różne rzeczy, które się wtedy działy. Jednej z nich posłuchajcie.

Daleko stąd z pienistego oceanu wynurza się, jak wiecie, wyspa, na której dumnie powiewa sztandar Anglii. Londyn jest olbrzymią stolicą tego kraju. Otóż w Londynie, na uboczu, w hałaśliwej dzielnicy biedaków jest plac, który się nazywa Charles Square. Miejsce to nie jest wesołe, bo domy, które tam stoją naokoło, są prawie czarne. A gdy wiatr porozpościera nad placem dymy fabryk, niebo nad nim staje się także czarne. Ale na środku placu rosły w owym czasie drzewa, rosły na trawie, która zieleniła się prześlicznie i jaskrawo aż do Bożego Narodzenia - co niechże was nie dziwi, gdyż w Anglii zima jest bardzo łagodna.

Przypuszczam, że drzewa te rosną na Charles Square do dziś dnia, choć tyle rzeczy na świecie się zmieniło i choć nie mogę sobie przypomnieć, jakie to były drzewa: Pamiętam za to, że w pobliżu tego placu mieszkało wtedy dużo Polaków.

Byli to przeważnie robotnicy, którzy pracowali w londyńskich fabrykach od wielu lat, a ich dzieci chodziły do angielskiej szkoły i powoli zapominały mówić po polsku. Więc żeby nie zapomniały, rodzice kazali im biegać wieczorami na Charles Square, do Towarzystwa Polskiego, które tam dzierżawiło mały, narożny dom. W domu tym, w pokoju obok dużej sali, dzieci uczyły się po polsku, bawiły się; śpiewały.

Dom Towarzystwa Polskiego nie był pomalowany na czarno, tylko na czekoladowo. Nad jego wejściowymi drzwiami był daszek, jakby ganeczek, a na daszku wielki, drewniany koń czerwonego koloru. Nie było to może ładne, ale należy przyznać, że czerwony koń miał w sobie niemało życia. Rwał co się zowie z kopyta - w nadaremnej, a jednak niewyczerpanej nadziei, że w końcu uniesie czekoladowy dom i wywiezie go w jaką weselszą stronę świata.

Dzieciom jednakże było wesoło tu właśnie, na tym placu. Lubiły przybiegać tu wcześnie, zanim jeszcze drzwi Domu Polskiego zostały otwarte. Wtedy bawiły się dokoła ogrodzonego sztachetkami zielonego skweru. Pewnego dnia pragnąc nakarmić konia na daszku dzieci rzucały w niego liśćmi, które spadły na bruk z drzew zielonego skweru. Czerwony koń galopował bez ustanku, nie zważając na te zabiegi i na gorące błagania dzieci. Wtem jeden liść zaczepił mu się jakoś u pyska.

- Żre! - wykrzyknęły dzieci; stanęły i zamilkły. Liść powiewał przez chwilę koło rozdętych nozdrzy konia i opadł. Dzieci znów zakrzyczały.

- Jedz! - wołał Wicek. - No, łap; o, ty czerwona niezdaro! Lecz koń jednak nie chciał jeść i zabawa stawała się nudna - zaczęła nawet przeszkadzać.

- Nie ćpaj, bo mi w oczy leci! - krzyczała Zosia. - Tu się ziemia sypie z tymi liśćmi. Wicek, przestań, bo jak cię bęcnę! - wołał Felek i tupał. Nacia się oburzyła.

- O, jak to mówi! - rzekła.

- Albo przestaniesz, albo ci dam!

- To się usuń, ty, Felek, belek, serdelek!

- Co się kłócicie? Ja tam idę patrzeć na trawę - oznajmiła im Krysia. W takim razie wszyscy będą patrzeć na trawę. Poskoczyli do skweru i patrzyli przez sztachetki. Lecz patrzeć to jest nic - Władek powiedział, że dostanie do trawy ręką przez płot, jak się mocniej przechyli.

- Co ty robisz, Władziura!

- Ja cię potrzymam za nogę. Jazda!

- Poszedł! Z utrzymaniem to żadna sztuka. Bo jak kopnę!

- Well, jak nie, to nie. Ale nie dostaniesz.

- Dostanę - o!

- Wpadniesz, i tyle. O, jaki nieusłuchany.

Władek wykrzyknął: - Nie wpadnę! - i w tejże chwili wpadł fiknąwszy kozła. Zobaczywszy go leżącego na miejscu, gdzie nie wolno było nawet chodzić, dzieci uciekły. Gdy rozbiegły się, z ławki przed Domem Polskim zerwał się. jakiś chłopiec. Siedział on tam już dosyć długo, nie sam nawet, lecz z kimś dorosłym i już niemłodym. Patrzył na dzieci i gwizdał. Teraz jednakże podbiegł i wyciągnął obydwie ręce do Władka. Były to mocne ręce i wsparłszy się na nich Władek w dwóch skokach wydostał się ze skweru. Widząc to dzieci powróciły niezwłocznie i chciały pokazać, że nieznajomy chłopiec zbyt poważnie wziął wszystko. To była po prostu zabawa. Wszyscy potrafią podać ręce dziecku, które wpadło na skwer. Ażeby tego dowieść, Stefan i Leon zwyciężając strach wpadli tam kolejno, a dzieci pomagały im się wydostać. Przy tym udawały, że nie widzą obcego chłopca, ale ukradkiem spoglądały na niego. Biegając potrącały go lekko, żeby się martwił, że nic sobie z niego nie robią.

Ale on się nie martwił. Przeciwnie, uśmiechał się jak łobuz, a co najgorsze, gwizdał. Gwiżdżąc odszedł, gwiżdżąc siadł obok starszego pana i gwiżdżąc patrzył na dzieci.

Gdy to trwało przez jakiś czas, dzieci przestały się bawić, stanęły wszystkie przed ławką i ze skupieniem, w milczeniu przypatrywały się nieznajomemu. Nie wiedziały, czy starszy pan należał do chłopca, czy był tu sobie sam. Siedział z rękami założonymi na piersiach i niekiedy kołysał się naprzód i w tył jak ludzie, którzy czekają u doktora i są zatopieni w niespokojnych myślach o tym, co się będzie działo za chwilę. Zdawał się nie słyszeć gwizdania, które mu się rozlegało nad uchem. Nagle gwiżdżący chłopiec powstał i pobiegł na drugi róg placu, gdzie gazeciarz chodził tam i na powrót przed swym kramikiem, wykrzykując ponurym głosem nowiny wieczorne. Dzieci popędziły tam również, znów stanęły i milcząc badały, co to wszystko ma znaczyć: To nie znaczyło nic. Nieznajomy chłopiec rozmawiał po prostu z gazeciarzem. Przez ten czas zrobiło się prawie ciemno. Na drugim rogu placu handlarz wody sodowej i pieczonych kasztanów zapalił swoją latarkę. Na trzecim rogu zebrał się oddział Armii Zbawienia i zaczął nucić pieśń:

Naprzód, żołnierze Chrystusa, idziemy jakby na wojnę

podczas gdy na czwartym rogu placu zabłysły światła w Domu Polskim i dzieci rozpoczęły lekcję. Starsze pisały dyktando, a pani chodząc powtarzała:

-  Jesienią liście żółkną i opadają. Jesienią... Jesienią... Liście... Liście żółkną...
Wtedy drzwi się nagle otworzyły.

Wszedł starszy pan z ławki przed domem, a z nim gwiżdżący chłopiec, który już teraz nie gwizdał i wydawał się nareszcie zakłopotany. Na ten widok dzieci zaczęły się trącać i spoglądać na przybyłych, wodząc piórami na oślep, tak że stalki zgrzytnęły i wielkie kleksy pousiadały na dyktandzie.

- To on mnie wyciągnął ze skweru, to ten! - wykrzyknął Władek, a Krysia myślała z pociechą, że kleks jej usiadł na słowie "żółknie" tak, że teraz ostatecznie nie wiadomo, czy jest przez ó, czy przez u...
Starszy pan rzekł, wyciągając rękę w stronę pani:

- Nazywam się Kozera, proszę pani; Stolarz Mateusz Kozera, proszę pani.

- Tak - uśmiechnęła się pani. - Czym panu mogę służyć?

- Służyć? Wcale nie - rzekł pan Kozera patrząc błędnie i nagle przerwał sobie i ukłonił się w stronę dzieci.

Dzieci parsknęły śmiechem, a potem w mgnieniu oka ucichły i wstały, poczuwszy na sobie zrozpaczone spojrzenie pani. Pan Kozera zobaczywszy to zaśmiał się też króciutko i od razu przestał. Obtarł sobie wąsy, jakby tylko co jadł, i chrząknął.

- Czego sobie szanowny pan życzy? - zapytała pani ponownie, nachylając się grzecznie.

- Odpowiem pani, że chciałbym, żeby mój syn, Marcin, proszę pani, przychodził się tu uczyć - wygłosił pan Kozera i na koniec wydało się, że odpoczął.

- To ten sam chłopiec! Ja pani opowiem! Ten sam! Myśmy słyszeli, jak gwizdał - nawoływał Władek.

- Uspokój się, Władziu. Wstyd mi robisz przy ludziach. - Tu pani zwróciła się znów do obcych:

- Ma się rozumieć, bardzo dobrze proszę pana, niech ten Marcin chodzi do szkoły. Ile masz lat, dziecko? - spytała się pani, jak zwykle pytają się panie w takich wypadkach: - Co już umiesz?

- I don´t understand - odparł chłopiec po angielsku. Gdy młody Kozera to powiedział, zrobiło się zamieszanie.

- On nie umie po polsku! - krzyczał z rozpaczą starszy pan. - Czy jeszcze pani tego nie mówiłem? On przecież nie umie wcale po polsku!

- Tak, widzę - rzekła pani mocno zmieszana. - Cóż to będzie? Stolarz Kozera usiadł na ławce między dziećmi, położył na szkolnym stole kapelusz, laskę i fajkę.

- Otóż to! Otóż to! Co to będzie? - przytakiwał i przygnębiające milczenie zaległo klasę.

Młodszy Kozera nic nie rozumiał, ale patrzył, jak wszyscy stroili różne miny, i nagle wybuchnął śmiechem. Zadarłszy głowę do góry zataczał się po prostu ze śmiechu. Ściskał usta rękami, lecz śmiech wytryskał spomiędzy palców, czarna czupryna jeżyła się nad czołem, a oczy znikły z uciechy. Było to zaraźliwe i cały pokój śmiał się wnet jak szalony. Pani odwróciła się do okna i wpatrzyła się z natężeniem w kopyta galopującego konia, usiłując pohamować nieodpartą ochotę do wzięcia udziału w tej wesołości. Tylko pan Kozera się nie śmiał. Zdumiony i rozgniewany zbierał swą laskę, kapelusz i fajkę, ale zebrawszy, nagle rozsypał wszystkie te rzeczy, podskoczył do syna i chwycił go za kołnierz.

- Wstyd! - krzyczał do niego po angielsku. - Co za głupiec z ciebie! Przestań! Przestań! - i trząsł go ze wszystkich sił. Przestali wszyscy. Śmiech przeobraził się w gwałtowny zgiełk. Władek stał już na stole i
darł się tupiąc:

- Niech mu pani nie da nic zrobić! On mnie wyciągnął. Nie mówiłem? Mówiłem, że mnie wyciągnął!

- Proszę pana, niech pan puści chłopca! - krzyknęła pani. - Dzieci, spokojnie! - i ruszyła ku dzieciom.
Idąc potrąciła laskę pana Kozery, a laska warcząc pomknęła wzdłuż pokoju.

Co do kapelusza, to Jurek pochwycił go i wsadził na głowę, a co do fajki, to też zgrabnie znalazła się w jego zębach. Udawał, że ją pali. Trzeba było i jego przyprowadzić do porządku.

- Jurek, cóż to za maskarada. Proszę mi zdjąć kapelusz! Władek zerwał z głowy Jurka nieszczęśliwy kapelusz krzycząc:

- Ja mu podrę kapelusz, temu panu! Ja mu podrę kapelusz!

- Władek! Ze stołu mi natychmiast!

Pani nie wykrzyknęła już tych słów. Powiedziała je cicho i z taką grozą, że Władek, którego specjalnością było wpadać i spadać, zleciał w mgnieniu oka na ziemię, co go zupełnie wytrzeźwiło. Dzieci zdusiły w sobie śmiech i milcząc patrzyły błagalnie w plecy pani, która odeszła z gościem do okna. Pan Mateusz Kozera łamał ręce nad synem.

-  O, co ja cierpię - mówił. - Ja już widzę, że nigdy nie będę mógł jechać do Strzałkowa. Na co się ten chłopiec na świat rodził?

-  Co też pan wygaduje? - oburzyła się pani. -I w ogóle po co takie awantury? Przecież chłopiec może się wszystkiego nauczyć. Mówiąc to pani poczuła, że coś dzieje się za nią. Odwróciła się i zobaczyła, że Marcin płacze.

Dzieci patrzyły wystraszone, jak stał blady, a z oczu płynęły mu strumienie łez. Po chwili zaczął szlochać Władek. Wybiegł nawet na środek pokoju i prosił:

- Niech go pani przyjmie! On się nauczy! On płacze! On płacze!

- Jeszcze do tego płacze! - wykrzyknął pan Mateusz po angielsku.

- Ja nie płaczę - zaprzeczył Marcin hardo. - To katar. Odwrócił się do okna i mocno wytarł nos. Po prostu zatrąbił - i to zaraz przywróciło wesołość.

- Ja widzę, że muszę już pani wszystko powiedzieć, jak jest prawdziwie. Matka mu umarła, widzi pani, jak miał dwa lata. Mieszkamy u tutejszych ludzi. Ciągle się jest z Anglikami. Mnie już też jest, powiem pani, ciężko znaleźć słowo, jak chcę mówić po polsku. Ja już trzydzieści lat nie byłem w Polsce. Co pani na to powie? Czy pani kiedy na to przyszło, żeby tak trzydzieści lat być między obcymi?

- Nie, nigdy mi na to nie przyszło - rzekła pani zakłopotana, gdyż miała dopiero dwadzieścia jeden lat.

- No, widzi pani. Otóż powiem pani, że mam już tego dosyć. Tak było, jakbym się przyzwyczaił, i wtem zrazu się okazało, że się nie przyzwyczaiłem i nie przyzwyczaiłem. Teraz nic nie chcę, tylko wracać. Do Strzałkowa. Pani wie, gdzie to Strzałków? - zagadnął ciszej.

- Nie. To taka wieś?

- Wieś. Ho-o, jaka to wieś. Bardzo porządna wieś, pastwisko ma zaraz, rzekę. Ja się tam nie boję ani o zarobki, ani o nic: Za łaską Boską nie powrócę bez grosza.

- No, ale cóż ten Marcin?

- No, niech pani sama powie. Ja mam tam familię. Jak ja tam powrócę z takim synem, co nic po naszemu nie umie powiedzieć?

Pani zaśmiała się.

- Ba, trzeba było wcześniej o tym pomyśleć - rzekła.

- Racja. Pani ma rację. Pani dobrze powiedziała. Od razu, jak ten głupi zaczął tu żarty stroić, zaraz pomyślałem, że pani go nie przyjmie.

- Ależ ja mogę przyjąć. Tylko że to już duży chłopiec, ma ze dwanaście lat. Może woli pozostać Anglikiem?

- Marcinie - zwróciła się do chłopca po angielsku - czy chcesz tu przychodzić i uczyć się z nami polskiego?

Nastąpiło zatroskane milczenie. Oczy wszystkich dzieci zatrzymały się na ciemnowiśniowych ustach Marcina.

On zaś patrzył po kolei na wszystkie dzieci - obrażony i rozgniewany. Jego błyskające oczy mówiły: Nie.

-  No, odpowiedz - poprosił go ojciec.

Chłopiec zgromił ojca spojrzeniem pełnym żalu i odwrócił się nieco. Wtedy napotkał oczy pani, które zaczynały się do niego uśmiechać. Pomilczał jeszcze chwilę i nagle powiedział niepewnie:

- Yes. -I nie odrywał wzroku od pani, jakby się bał, że gdy ją straci z oczu - zwycięży w nim złość i powie - nie.

Tak się odbyło wkroczenie Marcina Kozery do polskiej szkółki na Charles Square w Londynie.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.