Maria Dąbrowska. Panna Winczewska_3

Niebawem, gdy doszły do działu naukowego, panna Winczewska spróbowała raz jeszcze swojej nowej meto­dy. Sprawdzając któryś z kolejnych numerów przeczy­tała po chwili namysłu: Badania o jestestwach organicz­nych na kuli ziemskiej – napisał Józef Sapalski.

– O, bardzo dobrze – wykrzyknęła następnie – właśnie miałam sobie to odłożyć do czytania. Już dawno miałam, bo jeszcze tego nie znam.

Natalia popatrzyła na nią przeciągle.

– Ach, to chciała pani sobie odłożyć? – zapyta­ła. – Czy nie lepiej zacząć od Mickiewicza?

Panna Winczewska milczała przez chwilę, błądząc oczami po kątach, jakby się nie mogła zorientować w rozmiarach grożącego jej niebezpieczeństwa. W końcu rzekła swoim zwyczajem:

– O, Matko Boska! Jak to można tak mówić. Mic­kiewicza miałabym nie znać!

– Prędzej – nagliła Natalia. – Przechodźmy do książek brakujących.

– To, to już będzie głupstwo – ucieszyła się pan­na Winczewska. – Najważniejsze jużeśmy zrobiły, no i widzi pani, że wszystko jest w porządku.

Natalia zapaliła papierosa wpatrując się uważnie w dziwną bibliotekarkę.

– Czy pani udaje – zapytała – czy pani naprawdę nie wie, co tu jest najważniejsze?

– Oj Jezus Maria, znowu... – zmartwiła się Winczcwska. – Jak to udaję? Jeszcze, jak żyję, nigdy nie udawałam. Wiem wszystko doskonale – mówiła trochę niepewnie.

– I czy pani naprawdę nie spostrzegła, że tylko trzecia część książek znajduje się na półkach?

– No, cóż – odparła odzyskując na nowo pewność siebie. – Są w czytaniu.

– W czytaniu? – uśmiechnęła się cierpko Natalia, gdyż miała co do tych nieobecnych książek jak najgorsze przeczucia. – Zobaczymy, jak to one są w tym czyta­niu. Proszę wziąć karty kontroli.

Na twarzy panny Winczewskiej ukazał się wyraz nie­jakiego popłochu. Zdawała się chcieć zyskać na czasie i zaczęła namawiać Natalię, żeby poszły coś zjeść. Oka­zało się, że już druga godzina.

– Ja bym kazała pani przynieść obiad z kasyna – mówiła – ale nie wiem, czy dobry. A w herbaciarni na­szego pułku są bardzo dobre wędliny. Co dzień świeże. Bo ja to tam mogę i nie jeść. Człowiek żyje właściwie pracą.

Natalia milczała nieprzychylnie. Na razie nie miała najmniejszej chęci wdawać się w jakiekolwiek, choćby przelotne i przypadkowe obcowanie towarzyskie z pan­ną Winczewską. Po chwili jednak zmieniła zdanie. Mo­że, dawszy jej zjeść i wytchnąć pospołu z sobą, prędzej i lepiej zobaczy, co to za człowiek.

Tedy poszły.

W czasie krótkiej drogi do herbaciarni jednego ze znajdujących się w twierdzy pułków Natalia zamilkła prawie zupełnie, a rozmowność panny Winczewskiej znacznie się wzmogła.

Wprędce okazało się jasne, że ta godzina wypoczyn­ku jest godziną tryumfu panny Winczewskiej, która gó­rowata teraz nad Natalią, gdyż znała drogę, wiedziała, gdzie co jest, mogła kierować jej krokami.

– Ostrożnie, proszę pani – nawoływała – tam jest dziura. Tędy, tędy. Tu bliżej. Pewno się pani dziwi, że tutaj taka pustka? Żołnierze są na strzelaniu. O, chcąc prowadzić świetlicę, trzeba o wszystkim wiedzieć!

– Ach – wzdychała dalej. – Żeby moja Linda mia­ła takie chłody na swoje ciężkie dnie. Wilczyce w ogóle bardzo źle znoszą upały, a zwłaszcza kiedy rodzą. A ona już lada dzień, lada dzień...

Suka była rzeczywiście gruba i ociężała; biegała mimo to z humorem dookoła, zaglądając w podwórka i za­rośla, stając w bacznej postawie pośrodku ulicy, odbie­gając daleko i wracając z łaszeniem się do nogi.

– Wczoraj mi się zdawało, że już, już... – plotła dalej panna Winczcwska – ale jak zaczęłam obliczać, kiedy ten mąż był u niej, to doszłam do przekonania, że dopiero za dwa tygodnie. O, proszę pani! Proszę pa­ni! – zaczęła nagle krzyczeć. – To jest mąż Lindy!

I zatrzymawszy Natalię, wskazywała rozogniona pięk­nego wilka w kagańcu, który obojętnie minął swą do­mniemaną żonę, pędząc sztywno ku jakiemuś przedtem upatrzonemu celowi.

– To psiątka będą rasowe – bąknęła prawic mimo woli Natalia.

– Ma się rozumieć. Jakże pani by chciała?

Na dziedzińcu, otoczonym czworobokiem koszar, przed wartownią siedziało kilku żołnierzy na ławce, je­den zaś stał opodal i trąbił pobudkę zwracając się w coraz to inną stronę. Jego zgniłogliniasta bluza marszczyła się z tylu pod paskiem w nieco zadartą falbankę.

W herbaciarni przy kontuarze stał taki sam żołnierz wsparty niedbale o ladę, za którą krzątała się sprzedaw­czyni w białym poplamionym fartuchu. Za szkłem sza­fek po bokach kontuaru widać było ser, papierosy i cze­koladę. Na oknie pośród pustych butelek i obok słoja z przesypanymi cukrem poziomkami spał kot.

– Proszę tutaj, tu będzie lepiej – rzekła panna Winczewska i przeszły do drugiego pokoju. Tu było także prawie pusto. Przy jednym ze stolików siedział samot­nie, bokiem do stolika, jakiś kapral. Oparłszy łokcie o brzeg stolika i o poręcz krzesła, przypatrywał się swoim splecionym palcom. Na jego stoliku nie było śla­du jedzenia. Po pewnej chwili kapral ten wstał, prze­ciągnął się i odszedł. Po drodze, koło drzwi, przystanął jeszcze na chwilę i zapalił papierosa.

Natalia kazała dla siebie podać chleb i herbatę. Pan­na Winczewska natomiast przyniosła sobie dwa ciastka, dwa serdelki oraz porcję musztardy, a dla suki dziesięć deka resztek.

– Co to ja zaczęłam pani mówić, jakeśmy tu wcho­dziły? – pytała smarując serdelek musztardą i zagry­zając go ciastkiem. I nic przypomniawszy sobie podjęła co innego.

– Pani może się boi – uspokajała – że to masło nieświeże. O, ja bym to z daleka poczuła. Ja się okrop­nie wrażliwa zrobiłam na zły tłuszcz od czasu, jak mnie Niemcy karmili samiutką margaryną. I czarną kawą.

Głos jej zadrżał.

– Siedemnaście dni, proszę pani, o czarnej kawie. Czy pani to może sobie wyobrazić?

I potoczyła się znów opowieść o bohaterskiej dzia­łalności oświatowej, o wkroczeniu do Katowic Niemców o uwięzieniu i tak dalej. Gdy doszło do miejsca, kie­dy Linda sprowadziła żołnierzy, którzy tylną straż nie­miecką rozbroili i odbili drzwi więzienia, głos pannę Winczewską zawiódł i rozpłakała się.

– O – mówiła ocierając łzy i szperając w toreb­ce – to jest moja fotografia z tych czasów zaraz po wypuszczeniu. Proszę spojrzeć, jak to ja wyglądam. Cień, widmo, a nie człowiek. A to Linda.

Natalia przypatrywała się w milczeniu fotografii, a panna Winczewską ciągnęła dalej swoje.

– Ja bym tylko chciała, żeby pani mogła zobaczyć, jak mnie tam kochali w tych Katowicach. Za nic mnie puścić nie chcieli, tylko ja głupia uparłam się, żeby tu­taj przyjechać. A po co tu przyjechałam, tego nie wiem. Bo tu będę miała za swoje. Mnie od razu ostrzegali, że mnie tutaj zagryzą. I zagryzą.

– Baby mnie zagryzą – dodała znacząco, nabierając coraz więcej odwagi.

A następnie otarłszy łzy z gorejących swych oczu za­częła znowu:

– Ale ja – zapewniała – nic sobie z tego nie ro­bię. Pracuję i nic mnie nie obchodzi. I co się namęczę. Każdy powinien wniknąć, a potem dopiero sądzić. Niech pani patrzy, te kwiaty na przykład na oknie. To wszy­stko ja. Żeby nie mój wpływ, toby tu nic nie było. Ja nawet nie wiem, co to takiego, że ja mam taki wpływ. Ja oficjalnie to nic nie mam do tej herbaciarni, ale niech pani zapyta sprzedawczynię, ona pani powie, jak ja się tu wszystkim zajmuję. Teraz na przykład przyszedł no­wy dowódca i chciał tę sprzedawczynię usunąć. A ja nie dałam. – “Panie pułkowniku — mówię — tak z ludźmi nie można, trzeba się najpierw przekonać”. Bo ja mogę być sobie, proszę pani, taka albo owaka, pani mnie jeszcze nie zna, ale ja nie mogę patrzeć na niesprawie­dliwość. Dlatego mnie wszędzie szanują. Tylko ten, kto sądzi optycznie, może myśleć, że ja jestem powierzchowna. Nowy dowódca to też z początku i tak, i tak, a potem, kiedy zobaczył, to powiada: “Ja myślałem, że pani to tylko lubi się bawić, bo pani taka wesoła, a pa­ni tu tyle zrobiła”. A ja mu na to: “Panie pułkowniku, kto tyle przeszedł co ją, ten się musi poważnie zapa­trywać na życie”.

Zamilkła i dokończyła swych ciastek. Linda błąkała się po izbie czmuchając nosem, właziła pod stoliki i myszkowała po kątach. Natalia dopijała herbatę – w drugiej izbie sprzedawczyni mówiła do żołnierza:

– Okropnie lubię słuchać, jak smutnie grają. Taka już jestem, że wesołego nic a nic słuchać nie lubię.

Niebawem panna Winczewska zaczęła dalej bredzić:

– Ja bym chciała, żeby pani kiedy do nas na zaba­wę przyszła. Ja takie zabawy urządzam, że jeden ka­pral – też nasz czytelnik – to mi powiedział: “Pani kierowniczko, odkąd poznałem świetlicę, nie chodzę wca­le do miasta”. A co to, proszę pani, za męka urządzić taką zabawę. Raz to mi przyprowadzili na salę taką, wie pani, no jednym słowem – szurło. Ale ja sobie dałam radę. Zaraz wzięłam, porozlepiałam takie napisy: “Nie szarża zdobi człowieka!” “Szanujcie wasze rozryw­ki!” “Nie kalajcie progów świetlicy!” I do niej natural­nie – precz stąd! Oni chcieli tego, co ją przyprowadził, wykluczyć, ale ja wtedy – nie, panowie! To ona win­na bo kobieta powinna umieć szanować swoją godność.

Oczy jej gorzały przy tych słowach jak palący się karmel, z chudej twarzy nie schodziły ciemne rumieńce. Przełknęła ślinę i majaczyła dalej:

– O, pani nie wie, jak z żołnierzami ciężko dać so­bie radę. A najgorsza była orkiestra... Z orkiestry to już każdy był taki zepsuty... Żebym ja się była nimi nie zajęła, to nie wiem, co by to było. A teraz? Najlepsi czytelnicy, najporządniejsi chłopcy... I jak mi zawsze chętnie grają. Czy kino, czy zabawa, ja już się o muzykę nie potrzebuję kłopotać... – chwaliła się, jakby chcąc wyrzucić z siebie wszystko, póki są tutaj.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.