Maria Dąbrowska. Panna Winczewska_4

Natalia oparła głowę na obu dłoniach i cały czas wpatrywała się pilnie w pannę Winczewską.

Jakże bezsilna jest szczerość wobec takiej istoty — myślała. – Cóż to pomoże, jeśli jej powiem, co myślę o jej bajaniu. Co ja zresztą myślę? Ja sama nie wiem”.

Panna Winczewska tymczasem po dłuższej chwili mil­czenia pochyliła się i rzekła ostrożnym półgłosem:

– Ja piszę sztukę. Taką bibliotekarską, żeby zachę­cić do czytania. Zupełnie celową. Uproszczoną.

– Co ja zrobię — dodała wzdychając — ja już mam taką artystyczną naturę. Ale to nic dziwnego. Pochodzę z artystycznej rodziny...

Gdy doszła do tego miejsca, Natalia przerwała:

– Chodźmy — rzekła — czas wrócić do roboty.

– Chodźmy — zgodziła się z energią bibliotekarka.

Nie wiadomo było, jak sobie tłumaczyła długotrwałe milczenie Natalii. W czasie powrotnej drogi była tak towarzysko usposobiona, jakby ją łączyło z Natalią ra­dosne, przyjacielskie spotkanie.

– Ach — rzekła przypatrując się czarnemu z białym kostiumowi Natalii. — Jak ja lubię, jak wszystko jest tak korami dobrane. Szalenie mi się to podoba. Muszę po­myśleć, żeby sobie tak zrobić. Taka jestem obdarta.

Natalia spojrzała z boku i zobaczyła, że z oblicza Winczewskiej znikł zupełnie wyraz ostrożnej bacznoś­ci. Było pogodne i jakby już w nowych okolicznościach zadomowione.

Natalia uczuła, że na ten widok blednie z gniewu.

– Niech pani myśli o pogubionych książkach — rzekła z goryczą. Panna Winczewska ściągnęła czarne brwi.

– O, Boże — jęknęła z żalem, jakby wobec jakiejś wielkiej nielojalności. — Pani znowu zaczyna. O jakich pogubionych?...

Stan rzeczy, który się ujawnił przy dalszym ciągu pracy, okazał się gorszy, niż się Natalia obawiała. Dużo czasu pochłonęło samo ułożenie rozrzuconych kart kon­troli. Gdy Natalia wyraziła zdziwienie, że nie zostały uporządkowane przed jej przyjściem, panna Winczew­ska powiedziała:

– Ach, głupie kilka kartek, które się przełożyły, i pa­ni zaraz tak o to. Raz dwa to zrobię.

Nie potrafiła jednak. Wszystko jej się wnet pomyliło. Natalia musiała to zrobić sama.

Panna Winczewska tymczasem usiłowała podtrzymać nastrój towarzyski, na który, jak widać przypuszczała, zasłużyła swoimi zwierzeniami w herbaciarni.

– Co pani robi — pytała — że się pani włosy tak dobrze układają? Ach, żeby to mnie się tak trzymały bez ondulacji. Bo przecież ja nie mam czasu jeździć stąd do miasta do fryzjera i tak przez to wyglądam jak jaki strach na wróble. Chociaż co prawda ja jestem bez pre­tensji.

Zmieniając intonację zaazczebiotała do suki: — Moja mężatko, biedaczko, bohaterko! Przynieś, przynieś piłeczkę!

Suka zaczęła harcować po pokoju i zamiast piłeczki przyniosła z kąta wielki szary kamień, który z hałasem upuściła na ziemię.

Gdy Natalia obejrzała się na ten odgłos, panna Winczewska wyjaśniła ze śmiechem:

– Miała piłeczkę, to ją zgryzła. Musiałam jej przy­nieść ten kamień... A czy pani wie, że ona reaguje na cyfry? Jak żołnierze się uczą, to ona się ogląda i szcze­ka za każdym razem! O! Linda! Raz! Dwa! Trzy! Cztery! Widzi pani, jak skacze i jak piszczy. Proszę pa­ni, prawda, że ona zdobyła sobie pierwszy stopień czło­wieczeństwa, bo poniosła ofiarę?... Wtedy w Katowicach. Przecież żeby pies przeleciał trzydzieści kilometrów po takim zimnie dla ratowania człowieka... I to moja Linda, co jej wszystko tak szkodzi...

Natalia spojrzała tak zimno i przenikliwie, że pan­na Winczewska zamilkła.

Natalia bodaj pierwszy raz w życiu doświadczyła cze­goś w rodzaju chęci uderzenia pięścią w stół i wymyś­lania. Zawsze sądziła, że tylko strach wzbudza w czło­wieku okrucieństwo. Od dzieciństwa bała się straszliwie pająków i szczypawek. I gdy zobaczyła w pobliżu sie­bie te stwory, a nie mogła uciec, musiała je zabijać za­ciskając oczy, potniejąc ze wstrętu i przerażenia. Te­raz ujrzała, że widok przewrotnej głupoty podżega rów­nież do okrucieństwa.

Zjeżona z wysiłku, z jakim panowała nad sobą, oznaj­miła pannie Winczewskiej, że, jak widać z toku roboty, brakujące na półkach książki wszystkie, jedna po drugiej, są albo wadliwie na kartach kontroli odnotowane, albo przetrzymane, albo dawno przez czytelników zwrócone i zaprzepaszczone bez śladu.

– Pani zaraz bez “śladu” – oburzyła się trochę zaskoczona panna Wilczewska.

– Więc jeśli są z karty czytelnika skreślone i na ni­kogo innego nie zapisane — a na półkach ich nie ma, to skądże się mogę dowiedzieć, gdzie się ich ślad zapo­dział?

– Ach, Boże — gorszyła się bibliotekarka. — Ja przecież mówię: w czytaniu, a pani — gdzie i gdzie?

Po pewnym czasie ochłonąwszy nieco i spokojnym już głosem Natalia usiłowała wytłumaczyć pannie Winczewskiej, że przy jej systemie, a raczej przy bezładzie jej pracy ta nieszczęsna czytelnia żołnierska będzie wnet zrujnowana. Panna Winczewska zaczęła się teraz otwar­cie i rozpaczliwie spierać. Twierdziła, że wprost prze­ciwnie, czytelnia się dźwignęła, gdyż nikt nie ma poję­cia, co tu się działo przedtem. Przy takim nawale pracy można było zrobić ze dwie lub trzy omyłki, to chyba zrozumiałe. Ale i to nawet prawie wszystko, za co pani Sztumska się gniewa, zrobiła na pewno poprzednia bi­bliotekarka.

– Pani mówi, że książki przetrzymane i przetrzy­mane. A tu oto na przykład książka? Jest zapisana, owszem, że pożyczono ją w styczniu. Ale czy jest rok przy tej dacie? To było na pewno półtora roku temu. Ja doskonale zresztą poznaję po charakterze pisma. O, to przecież nie mój charakter pisma. Ja kreski piszę w tę stronę, a ona pisała — w tę. Zaraz można poznać.

– A to także nie pani charakter pisma? I to? I to? — pytała Natalia pokazując jej cyfry, na których czyjaś ręka przy dacie styczniowej postawiła bieżącą datę roku.

Panna Winczewska zaczęła się z powagą przypatrywać.

– Owszem, temu ja nie zaprzeczam. Chociaż... dzień jakby moją ręką pisany — a miesiąc już ma tę kreskę inną. Ale nie sprzeczam się. — Kto tam? — krzyknęła nagle, nadsłuchując. — Przepraszam, muszę zobaczyć.

Wybiegły obie z suką. Niebawem powróciły.

– To nikt — oznajmiła panna Winczewska. — A ja byłam pewna, że ktoś stukał.

Za chwilę, gdy Natalia schyliła się nad notatkami, panna Winczewska zaczęła ponownie:

– Zaraz. Muszę zajrzeć, czy czasem nasz profesor nie przyszedł na wykład. Ja dawałam znać, że odwołany, ale kto wie, może przyszedł. Tu wszyscy tak lubią przychodzić, że nieraz nic się nie odbywa, a oni przychodzą i siedzą.

Gdy panna Winczewska znikła, Natalia rozejrzała się wkoło, rozprostowała się, westchnęła, przetarła ręką twarz.

Światło w pokoju zmieniło się. Stało się cieplejsze, nabrało blasku. Natalia bezwiednie spojrzała w okno. Na dworze się wypogadzało. Właśnie w tej chwili akacje stanęły całe w słońcu, wyglądały, jakby je kto nagle za­nurzył w złotej oliwie. Wiatr ustawał i drzewa już chwilami nieruchomiały. Potem jednak wracał raz jesz­cze, szarpał nimi znowu i wstrząsał.

Panna Winczewska wróciła z wiadomością, że jakiś Michał źle zamiótł salę wykładową.

– Żołnierze może wszystko umieją — rzekła z ubo­lewaniem — ale zamiatać mokrą szczotką żaden z nich nie potrafi.

Tu i ówdzie na zewnątrz budynku słychać było trzaśnięcia drzwiami. Niebawem ktoś zaczął iść przez salę widowiskową. Kroki zatrzymały się na mgnienie, a po­tem zadudniły po deskach sceny. Dało się słyszeć dźwięczne stuknięcie wieka i bezpośrednio po tym rozległy się oprawne pasaże etiud.

– Słyszy pani? – zawołała Winczewska. – Ceza­ry przyszedł się ćwiczyć.

– To właśnie jeden z orkiestry – dodała poufnym szeptem. – Chodzi do konserwatorium. Ach, żeby on zagrał nam tutaj co porządnego.

Uchyliła drzwi prowadzące na scenę.

– Cezary! – krzyknęła rozkazująco. – Zagrajcie co porządnego! – Cezary jednak nieubłaganie grał w dalszym ciągu wprawki.

Panna Winczewska rzekła z natchnieniem w głosie:

– Ja byłam w konserwatorium.

– Proszę, niech pani zechce na koniec odpowiadać mi tylko na pytania – odparła znienacka Natalia.

– Jezus Maria – przeraziła się Regina Winczew­ska. – Jeszcze do mnie, jak żyję, nikt tak nie mówił. Pani do mnie tak ciągle jak do smarkatej. Ja wiem, że nie wyglądam na tyle, ale ja mam już blisko czterdzieści lat.

– Zachowuje się pani tak, jakby pani miała ich cztery.

Panna Winczewska zaczęła raptownie płakać.

– Ja naprawdę nie wiem. Pani mnie po prostu ubliża.

– Pani sama sobie ubliża – mówiła Natalia wsty­dząc się i zarazem z trudnością władnąc sobą. – Już jeden z tych błędów, od których tu się mrowi, dyskwalifikuje panią, a pani jeszcze w dodatku kręci i nie chce się przyznać.

Błysk nadziei przemknął po wystraszonej twarzy panny Reginy Winczewskiej.

– Przyznać? — krzyknęła z ożywieniem. — Tego to mi już nikt nie zarzuci. Żebym ja miała nie uznać swego błędu? Tylko że niektóre osoby nie chcą wniknąć. Żeby pani chciała wniknąć, toby pani zobaczyła, że ow­szem, błędy są, ale znowu nie takie...

– Jakże to ja mam wniknąć? – miała niezręczność zapytać Natalia.

Bibliotekarka wstrząsnęła rączo głową i pośpieszyła skwapliwie z odpowiedzią:

– Mnie się, proszę pani, zdaje, że pani źle zaczęta. Ja bym zaczęła od tego, że najpierw wypisałabym na oddzielnym arkuszu...

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.